Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kristoff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kristoff. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 kwietnia 2016

17. Znowu piasek

Brak komentarzy:
– Iris, nie! – dziewczyna obudziła się z krzykiem, na moment siadając wśród białej pościeli.
Jednak zaraz potem opadła na nią ponownie na wznak, z bólem wymalowanym na twarzy. Królowa i doktor próbowali nawiązać z nieznajomą jakąś rozmowę, ale nie przynosiło to zbyt wielkich efektów, więc Ania niemal dosłownie wypchnęła nas za drzwi z poleceniem powrotu do jadalni. Pokręciłem głową, patrząc jak zamienia parę słów z siostrą i posłusznie wykonałem polecenie. Usiadłem na krześle, nie zwracając zbytniej uwagi na resztę, dopóki nie usłyszałem świstu talerza. Podniosłem głowę i zarejestrowałem obraz czerwonej, dygoczącej masy lecącej w moim kierunku, więc szybko zasłoniłem się chochlą. Galaretka rozprysła się dookoła w postaci kilku mniejszych glutów. Rozbity talerz leżał metr od moich nóg. Zmrużyłem oczy, zanurzyłem chochlę w wazie i chlusnąłem rosołem w kierunku Anny, która zaczęła z piskiem uciekać, ale natknęła się na Thalię z bronią w postaci sosu do żeberek. Ja tymczasem osłaniałem się miską przed klopsowymi pociskami Frosta, który wylądował na żyrandolu, kiedy nasz gość rozpoczął desant żeberek spod stołu. Zauważyłem, że Vanessa gdzieś się ulotniła, za to w drzwiach stanęła nagle królowa, dostając w twarz jedzeniem z rąk własnej siostry.
– Co. Tu. Się. Wyprawia?! – wykrzyknęła, robiąc efektowne pauzy między wyrazami.
Od razu schowałem ręce, w których trzymałem talerz i chochlę za plecy.
– Macie to posprzątać! – denerwowała się dalej Elsa wyciągając z włosów kawałki ziemniaków. – Ty też! – wymierzyła palcem w kierunku Jacka, nadal dyndającego pod sufitem.
W ciszy wzięliśmy mopy, szmatki i inne ustrojstwa, które przyniosły nam służące. Pod czujnym okiem królowej posprzątaliśmy jadalnię, co jakiś czas rzucając się kotletem, albo zielonym warzywkiem. Następnie zostaliśmy brutalnie zaciągnięci pod komnatę nieznajomej. Stała tam Vanessa, od razu zaczynając rozmowę z Thalią przyciszonymi głowami. Ja, Ania i Frost weszliśmy natomiast do środka. Dziewczyna leżała na łóżku. Uśmiechnęła się do nas, jakby chciała a nie mogła. I weź tu komuś życie uratuj, nawet się nie odezwie.
– Jak się nazywasz? – królowa, która zapewne jak reszta spodziewała się pytań typu „Gdzie jestem?” ze strony pacjentki, zaczęła rozmowę.
Zapadła długa chwila ciszy. Gdzieś w kącie zabrzęczała mucha, a ja starałem się nie roześmiać. Ania uniosła brew, widząc jak drgają mi kąciki ust.
– Luna – odezwała się w końcu nieznajoma, teraz już nieco bardziej znajoma.
– A więc, Luno, co ci się stało? – kontynuowała Elsa, przybierając najmilszy wyraz twarzy i głos jaki się dało.
– Em... Napadnięto mnie, tak... Tak, właśnie, napadnięto! – w jej głosie słychać było zdenerwowanie, jakby... kłamała.
Jack chyba też to zwęszył, bo pokręcił głową.
– Czy coś się stało? – jasnowłosa skierowała pytanie do białowłosego.
– Nic, królowo, tylko muszę na chwilę wyjść.
– Dobrze, idź.
Skinął głową w podziękowaniu i wyszedł z pomieszczenia. Znów na moment zapadła cisza i znów mucha pokonała kolejny odcinek wyznaczonej sobie trasy. Tym razem prychnąłem cicho. Od razu napotkałem karcące spojrzenie księżniczki.
– Eee, przepraszam, ale jestem trochę zmęczona. Mogłabym się położyć? – Luna przerwała ciszę niepewnym głosem.
– Ależ oczywiście. Odpocznij, porozmawiamy jutro – królowa skinęła głową i wyszła, dając nam znak ręką, że mamy zrobić to samo.
Mruknąłem coś o wyjeździe do miasta i poszedłem do stajni. Sven prychnął na mnie z niezadowoleniem, kiedy odkrył, że nie mam przy sobie nic do jedzenia.
– Właśnie po to jedziemy, spokojnie – powiedziałem, kiedy renifer zaczął stukać nerwowo kopytami.
Wyprowadziłem wielce obrażonego zwierzaka na zewnątrz i usadowiłem się na jego grzbiecie, mimo głośnych protestów.
– Chcesz ty te marchewki czy nie?
W odpowiedzi Sven ruszył nagle, prawie zrzucając mnie na ziemię. W ostatniej chwili złapałem się jego grzywy. Szybko dotarliśmy na targowisko. Szukałem wzrokiem naszego ulubionego sprzedawcy warzyw. Te z królewskiej kuchni jakoś nam nie odpowiadały...
– Złodziejka! Ukradła mój chleb!
Odwróciłem się w kierunku, z którego dobiegał donośny, babciny wrzask. Od jej straganu uciekały dwie dziewczyny. Obserwowałem pościg żandarmi za winnymi dopóki nie zniknęli mi z oczu. Prędko załatwiłem swoje sprawy i wróciłem do zamku, przegryzając marchewką. Prawie rozjechałem Annę, której wszędzie było pełno. Krótko i zwięźle przekazałem jej informacje, a ona popędziła zagonić siostrę do sali audiencyjnej i zebrać kogo tam ona uważała za stosowne. Zająłem się odprowadzeniem Svena, zza drzewa słysząc klekot jakiegoś żelastwa. Strażnicy prowadzili potencjalnych więźniów, a babcia ze straganu wlokła się za nimi, szczerząc i niemalże zacierając ręce. Sadystka jakaś czy co? Starając się nie rzucać zbytnio w oczy, boczną ścieżką szedłem równolegle do nich. Jeden z żandarmów trzasnął drzwiami aż huknęło. Za te niszczenie misternych wrót to na pewno mu pensja poleci w dół. Mniejszym wejściem przemknąłem do sali.
– Już wy zobaczycie, co to sprawiedliwość! – babcia darła się, strasząc koty pokojówek. – Odechce się młodzieży okradania straganów! Już ja wam mówię, popamiętacie to wszystko!
Usiadłem spokojnie na jeden z mniejszych tronów, na szczęście w cieniu jakiejś kotary. Głupie przywileje.
– Wasza Wysokość – cała grupka ukłoniła się, pomijając fakt, że dziewczyny zostały do tego zmuszone.
– Co się stało? – królowa cicho westchnęła, zadając standardowe pytanie, chociaż już wiedziała co się wydarzyło.
– Te dwie dziewczyny okradły mój stragan!
– Dobrze, co ukradły? – Elsa spojrzała na zatrzymane, unosząc brew, jakby nie była do całej sytuacji przekonana.
To podjudziło babcię do żalów.
– Bochenek chleba, świeżutkiego pieczywka, Jaśnie Pani! Przyszły obie i okradły, a potem bezkarnie śmiały mi się w twarz zrzucając mój towar na ziemię!
Oj, bujną kobita miała wyobraźnię. Uśmiechnąłem się pod nosem, jak dobrze jest znać sytuację. Jakoś żadnych porozrzucanych chlebów i śmiechu na targowisku nie było z tego co pamiętam...
– To nie prawda! – jedna z dziewczyn zaczęła się bronić, na co strażnik uderzył ją, powalając na posadzkę.
Syknąłem, zauważając krew na białej podłodze. Na obniżce pensji się nie skończy... Druga zatrzymana krzyknęła.
– Cicho, królowa nie udzieliła ci głosu – żandarm zamachnął się na nią, kiedy czołgała się do towarzyszki, jednak zatrzymały go pnącza.
Pomimo że magia była w Arendelle na porządku dziennym, to wszystkich na moment zatkało. Śledziłem wzrokiem tworzenie prowizorycznego opatrunku.
– Zapłaćcie jej za ten chleb i odprowadźcie do wioski – Elsa skierowała słowa do strażników, wskazując dłonią babcię, która wydawała się być zszokowana i rozczarowana jednocześnie. – Sama się zajmę naszymi złodziejkami – klekoczący korowód opuścił salę audiencyjną. – Byłabym wdzięczna, gdybyś usunęła te pnącza, zanim sufit zwali się nam na głowy.
Dziewczyna skinęła głową i zajęła się plecionym murem, mrucząc coś pod nosem.
– Nazywam się Gabriela Swan, a to Willow Fouco – przedstawiła siebie i towarzyszkę, kiedy skończyła. – Oskarżenia rzucone przez tę kobietę nie są do końca prawdziwe. Wzięłyśmy chleb, ale tylko tyle.
Pokiwałem głową, podobnie jak nadal na wpół leżąca na ziemi dziewczyna. Królowa kątem oka zauważyła mój gest i uśmiechnęła się do przybyłych.
– Wierzę ci, jednak nigdy was tu nie widziałam. Skąd pochodzicie?
– Pochodzimy z Nasturii – Willow z trudem usiadła na posadzce. – Przybyłyśmy tutaj, aby rozpocząć nowe życie.
Nie ma się im co dziwić, kto by chciał mieszkać w tamtej dziurze... Nadal mam trochę za złe Annie, że nie pozwoliła mi przyłożyć Hansowi, jak już się pozbierał po wpadnięciu w zaspę.
– Przepraszam, że przeszkodzę, królowo, ale moja towarzyszka jest ranna – zaczęła nieco zdenerwowana Gabriela. – Mogłybyśmy odłożyć tę rozmowę, póki jej nie wyleczę?
– Oczywiście – Elsa wstała z tronu. – Zaprowadzę was do komnat, potrzebujesz czegoś?
Swan skinęła głową.
– Miski, wody, piasku i dużo lodu.
– Poproś służki, dobrze? – królowa zwróciła się do mnie.
Szybko znalazłem pokojówki, które podsłuchiwały przy bocznych wejściach, już miały wszystko naszykowane. Eh, te kobiece plotkowanie. Kazałem im iść z Elsą i przybyłymi dziewczynami, a sam zająłem się odciąganiem Anny od komnat, w których urzędowali goście, których większość albo była ranna, albo spała.
– Daj ludziom żyć, kobieto! – westchnąłem, po raz piąty zabierając księżniczkę spod drzwi, za którymi urzędowała Luna.
– Ale ja chciałam tylko zobaczyć, czy wszystko u niej w porządku! – broniła się, próbując wyrwać rękę z uścisku.
– Lekarz do niej zaglądał pół godziny temu!
Po długich namowach zgodziła się na spacer do lasu. Szliśmy znajomą mi ścieżką. Jadąc nią jakiś czas temu znalazłem Jacka. Teraz było tutaj jakby... mroczniej? Nagle usłyszałem jakiś dziwny odgłos. Zatknąłem Annie usta, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć i spojrzałem między drzewa. Dokładnie pod pniem, w który epicko walnął Frost, kulił się jakiś obły kształt. Po chwili lustrowania go wzrokiem i mamrotów księżniczki zrozumiałem, że to coś jest zbudowane z czarnego piasku. Takiego jaki widziałem, kiedy Jack i Luna się budzili. Powoli zacząłem się wycofywać. W bezpiecznej odległości puściłem się biegiem, ciągnąc za sobą pokrzykującą coś Annę. Zatrzymałem się dopiero przy bramach miasta.
– Ten bałwan przywlókł to jakieś szkaradztwo! – powiedziałem, kiedy tylko przestałem sapać ze zmęczenia.
– Więc trzeba z nim porozmawiać.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam jakąś obsesję z tym piaskiem... I nawet nie komentuję ile było czekania na ten rozdział.
~Anka

sobota, 16 stycznia 2016

9. Goście, goście i żadnych wyjaśnień.

1 komentarz:
Zaraz po opuszczeniu pokoju tego wygadanego cwaniaczka, Anna wyciągnęła mnie na spacer po królewskich ogrodach. Nie powiem, ładne to one są, ale w głowie mi się kręci od tylu kolorów. W końcu jestem przyzwyczajony do krajobrazów zasypanych białym śniegiem. Właśnie... Jakim cudem ten chłopak ma białe włosy? Skąd on się w ogóle urwał? I jeszcze twierdzi, że potrafi latać...
 - Kochanie, ty mnie słuchasz? - rudowłosa wyrwała mnie z rozmyślań.
Przestałem jej słuchać po pięciu minutach nawijania o sukienkach.
 - Tak, oczywiście - mruknąłem pospiesznie.
Na szczęście taka odpowiedź jej wystarczyła.
 - Więc jak mówiłam. Pójdziemy tam w nocy, przywiążemy go do krzesła, weźmiemy do pokoju bez okien i przy świeczce go przesłuchamy. Wtedy na pewno powie prawdę! - księżniczka klasnęła w dłonie.
 - Yyyyyy.... Ale o kim ty mówisz? - nie miałem wyboru - trzeba było spytać.
 - Wiedziałam, że mnie nie słuchasz! - natychmiast oparła ręce na biodrach i wbijając we mnie wzrok zaczęła nerwowo stukać obcasem. - Cały czas mówię o Jacku!
 - Na początku gadałaś o sukienkach! - uniosłem ręce w obronnym geście.
 - Nieważne - machnęła ręką. - Elsa nie byłaby zadowolona z czegoś takiego...
Wziąłem Annę pod rękę i zawróciliśmy do zamku. Było już późno. Nagle zza zakrętu wyłoniła się Elsa idąc szybkim krokiem. Za nią, jak ostatni idiota, biegł białowłosy.
 - Ktoś jest pod bramami - powiedziała królowa nie zwracając uwagi na wpatrzonego w nią Jacka.
Całą czwórką poszliśmy ku bramie do miasta. Elsa dała znak strażom, aby ją otworzyły. Na chodniku klęczała jakaś dziewczyna. Wyglądała na skrajnie wycieńczoną. Była poważnie ranna, krew dosłownie z niej ściekała.
- Bła - agam, pomocy... - ledwo to wykrztusiła i upadła na ziemię.
Zauważyłem śnieg, którego chwilę wcześniej nie było. Wzrok od razu skierowałem na królową. Była przerażona, ręce jej drżały.
- Anno... - skinąłem głową na Elsę.
Księżniczka zrozumiała o co mi chodzi, przygarnęła siostrę ramieniem i zaczęła prowadzić ją w kierunku altany. Delikatnie wziąłem ranną na ręce.
- Wezwij lekarza - mruknąłem do białowłosego i ruszyłem do zamku.
Chłopak potruchtał za mną.
- Ale... - zająknął się.
- Poproś o to którąkolwiek pokojówkę - westchnąłem. - Tylko szybko!
Jack wystrzelił jak z procy. Gdy dotarłem do komnat dla przybyłych czekał tam już z lekarzem i służącą. Położyłem dziewczynę na łóżku i wyszedłem razem z chłopakiem. Anna obejmując siostrę ramieniem stała przy jednym z okien. Królowa wyglądała już na spokojną. No i nigdzie ani śladu śniegu. Staliśmy w milczeniu kilkadziesiąt minut wpatrując się w widoki za oknem. Nawet białowłosy zamknął jadaczkę.
 - Może przez jakiś czas być nieprzytomna - na głos lekarza za sobą wszyscy drgnęliśmy. - Ale wydobrzeje. Pokojówka została odpowiednio poinstruowana, ja również będę codziennie doglądał pacjentki.
 - Dziękujemy doktorze. Może pan udać się na spoczynek - Elsa lekko skinęła głową.
Te odprawianie poddanych zawsze kojarzyło mi się ze śmiercią. Nie jestem przyzwyczajony, żeby słowa "spoczynek" używać jako synonim snu. W górach zawsze o spoczynku mówili na pogrzebach...
 - Dobranoc - mężczyzna ukłonił się i odszedł.
 - Chyba my również powinniśmy się położyć - stwierdziła księżniczka.
Skinąłem głową, królowa również. Jack musiał wyłamać się ze schematu.
 - A kolacja?! - zapytał rozpaczliwym krzykiem.
 - Ja to sobie przegryzę marchewkę ze Svenem, dobranoc - mruknąłem i delikatnie pocałowałem Annę w czoło i skierowałem się do wyjścia z pałacu.
 - Ten Sven to jakiś jego kumpel z roboty? - usłyszałem za plecami "szept" chłopaka.
Elsa westchnęła, księżniczka zachichotała krótko. Pokręciłem głową.
 - Zaprowadzę cię do kuchni, jeśli jesteś głodny - usłyszałem jeszcze głos królowej, zanim nie wyszedłem na chłodne, nocne powietrze.
Zamknąłem za sobą drzwi stajni. Przywitało mnie zniecierpliwione parsknięcie.
 - Już, już - wziąłem garść warzyw z półki i podałem reniferowi. - Cześć, stary.
Odpowiedziało mi chrupanie. Nie ciągnęło mnie do gościnnych komnat pałacowych, które nie raz mi proponowano. Usadowiłem się na stogu czystej słomy i wygrzebałem z kąta ukulele*. Szarpałem struny i nuciłem coś pod nosem. Po jakimś czasie zasnąłem.
 - Kristoooooff!!!!
Dlaczego tuż przy uchu? Za jakie...
 - Wstaaawaaaj!!!
Do krzyków dołączyło szarpanie za ramiona.
 - Już... wstaję... - wymruczałem i przekręciłem się za drugi bok.
Poczułem coś miękkiego na policzku. Otworzyłem jedno oko. Sven szukał jedzenia. Czyli nic się nie... Ale przecież to nie renifer mnie wołał! Gwałtownie podniosłem się do pozycji siedzącej. Nade mną pochylała się Anna i stukała nerwowo obcasem.
 - Nareszcie! - wyrzuciła ręce do góry i wywróciła oczami.
"Skąd ona ma tyle energii o każdej porze?" - pomyślałem przecierając zaspane oczy.
 - Coś się stało? - wstałem, przez co księżniczka musiała podnieść głowę do góry.
 - Jak ty wyglądasz! - czy ona nie może normalnie odpowiedzieć na zadane pytanie? - Chodź tu... - zaczęła strzepywać ze mnie słomę. - I tak, stało się. Godzinę temu przybyli do nas goście z prośbą o wskazanie jakiegoś miejsca na nocleg, więc Elsa zaproponowała komnaty.
 - To ilu ich jest?
 - Ile, nie ilu. To dwie dziewczyny. Jedna zachowuje się trochę jak szpieg. I w dodatku ma rude włosy... - bo ty Anno takich nie masz... - Może Hans ją przysłał?
 - Hans siedzi w więzieniu, kochanie...
 - Racja. W sumie to może być miła - bo kobieta i jej opinie zmienne są... - Teraz wszyscy są na śniadaniu to je poznamy. Właśnie! Ja tu gadam, a miałam cię szybko do jadalni zaprowadzić! Idziemy! - zarządziła księżniczka i wybiegła na zewnątrz.
Rzuciłem jeszcze marchewki wygłodniałemu Svenowi i pobiegłem za nią.
 - Witaj Kristoffie - przywitała mnie Elsa. - Nasz wczorajszy gość jeszcze się nie obudził, za to poznaj Thalię i Vanessę - wskazała dwie dziewczyny siedzące przy stole, które dziwnym wzrokiem obserwowały Jacka.
A w szczególności jego nienaturalnie białe włosy. Sam chłopak nawet tego nie zauważał, zerkając na królową, opychał się wszystkim, co było na stole. Usiadłem na wolnym krześle, między Anną, a Frostem.
 - Miło poznać - dodałem, nakładając sobie jakiegoś mięsa na talerz.
Według mnie powinno ono być na obiedzie, no ale to królewskie standardy. Dwie dziewczyny spojrzały na mnie. Jedna z nich, rudowłosa, miała na sobie czarną pelerynę i mierzyła wszystko wzrokiem szpiega. Czyli jednak wyobraźnia księżniczki nie pojechała zbytnio w maliny.
 - Ja jestem Vanessa - powiedziała i wróciła do trącania udka w galarecie widelcem.
Ja na jej miejscu nie włożyłbym tego na talerz. Druga dziewczyna klasnęła w dłonie.
 - A ja Thalia! - powiedziała dość wesoło.
Na pierwszy rzut oka mocno się od siebie różniły. Ale jednak szeptały coś między sobą, czyli dobrze się znały. Elsa chyba miała zamiar zadać im kilka pytań, ale Jack zaczął biegać dookoła stołu i uderzać się w klatkę piersiową. Spojrzałem na jego talerz i klepnąłem się dłonią w czoło.
 - Jakim to trzeba być idiotą, żeby krewetki w ostrym sosie jeść bez zdejmowania pancerzy... - powiedziałem po części do siebie, po części do nierozumiejących co się dzieje ludzi dookoła. Frost wybiegł przez drzwi, nadal się krztusząc.
 - Może trzeba mu pomóc? - zapytała niepewnie Thalia.
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Bo że niby facet z facetem się dogada i takie tam? No raczej nie w tym przypadku... Westchnąłem i już miałem wstać, gdy pojawił się białowłosy.
 - Sytuacja opanowana, moi drodzy - obwieścił uroczystym tonem i usiadł na krześle.
Z za bardzo wyszczerzonym uśmiechem odsunął pospiesznie krewetki na krawędź talerza i zajął się resztą jedzenia. Chciałem w końcu spokojnie zjeść śniadanie, ale nie! Do jadalni wpadł zdyszany lekarz.
 - Pacjentka się budzi! - ogłosił.
Ruszyliśmy za nim do komnaty. Vanessa i Thalia były nieco zdezorientowane, ale poszły za nami. Dziewczyna była cała w bandażach. Wierciła się. Przypominało to pobudkę Jacka. I znowu kątem oka zauważyłem czarny piasek. O co w tym chodzi?!

*Nie jestem pewna na czym właściwie gra Kristoff, jak ktoś wie to niech napisze.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ble, takie to nijakie, a tak długo czekania. Więc możecie mnie wrzucać pod pociągi, sztyletować i tak dalej.
~Anka

środa, 7 października 2015

1. Bałwan zwie się Jack. Jack Frost.

7 komentarzy:
Od tygodnia w Arendelle siedzi jakiś bałwan. Siedzi to za dużo powiedziane! Leży nieprzytomny w jednej z królewskich komnat. Boję się myśleć jak oni karmią tego chłopaka, żeby tam nie umarł... W każdym razie i tak wygląda dość chuderlawo. Ubranego w jakieś dziwne ciuchy, na bosaka z kijem w ręku znalazłem go pod jednym z drzew. Miał guza wśród podejrzanie białych włosów. Czyli rąbnął w ten biedny pień. Oddałem go w ręce królowej, która powiedziała, że przesłucha go jak tylko się chłopak obudzi. Całe miasto teraz huczy na temat domysłów kto to, skąd i po co się wziął. Słuchałem właśnie gadaniny jakiejś karczmarki karmiąc Svena na gościńcu niedaleko bram królewskich.
-Och, ten chłopak to pewnie jakiś szpieg z innej wyspy! Tylko udaje nieprzytomnego, a tak naprawdę wysłuchuje wszystkich tajemnic, o których mówi się na zamku! Później zniknie i wróci z całą armią jakiegoś wycmokanego i pysznego królewicza. Napadną nas i okradną! Może przyjechał z tej całej Nasturii!
Na szczęście moich uszu wypowiedź piskliwej kobiety przerwał inny głos. Okrzyk poniósł się pewnie aż na Lodowy Wierch i biednemu Puszkowi podłoga popękała.
-KRIIIISTOOOF!
W moją stronę biegła rudowłosa księżniczka Arendelle. Dwa warkocze wykonywały najróżniejsze salta wokół jej głowy. Mało co nie potknęła się o zieloną, prostą sukienkę na krótki rękaw. Miała tak pięknie dopasowany krój i podkreślała... Hym... Anna rzuciła się mi na szyję. Karczmarka trzasnęła drzwiami gospody i zaraz potem wróciła z tacą, na której stała herbata w porcelanowej filiżance i jakieś ciastka.
-Może Wasza Wysokość się poczęstuje -zwróciła się do Anki z ukłonem.
Mnie nikt tak nie traktuje, mimo że księżniczka spotyka się ze mną od dawna.
-Dziękuję, ale nie -moja ukochana pokręciła głową -Chodź Kris, muszę ci coś powiedzieć! -podekscytowana pociągnęła mnie za sobą.
Wziąłem ją na ręce i wsiedliśmy na Svena.
-Na dziedziniec! -krzyknęła, a mój renifer posłusznie i ochoczo pognał do przodu.
Po drodze zaczęła opowiadać.
-W końcu się dowiemy wszystkiego! Ludzie roznoszą tyle plotek, że połapać się w tym nie można. A jak się pospieszymy to będziemy znać prawdę pierwsi!
Nadal nic nie rozumiałam, a byliśmy już przy wrotach zamku. Rudowłosa zeskoczyła na ziemię i pobiegła do środka.
-Kristoff, szybciej!
-Ale do czego mam się spieszyć? -pobiegłem za nią na pierwsze piętro.
-Ten chłopak się budzi! -skręciła w jeden z wielu korytarzy i wyhamowała tuż przed drzwiami do komnaty.
Nie podobało mi się jej zainteresowanie białowłosym. Mogłem go zostawić pod tym drzewem... Nie, nie jestem zazdrosny. Weszliśmy do pomieszczenia. W sumie to wpadliśmy. I od razu spotkaliśmy karcące spojrzenie królowej, która wraz z nadwornym lekarzem obserwowała chłopaka. Przyjrzałem się mu. Wyglądał lepiej. Zniknęły siniaki i zadrapania, nabrał kolorów. Zauważyłem, że przy łóżku leży jego laska. Tylko na co ona się zdawała tak młodemu człowiekowi? Wyglądał na osiemnaście, maks dziewiętnaście lat. Białowłosy kręcił niespokojnie głową, jakby próbował obudzić się z jakiegoś koszmaru.
-Co to jest? -Anna wskazała palcem na poduszkę.
Pościel była cała w drobnym, czarnym piasku. Medyk i Elsa zmarszczyli brwi.
-Jeszcze kilka minut temu tego tutaj nie było... -mruknęła nieco zdziwiona królowa.
Chłopak wiercił się coraz bardziej. Lekarz patrzył na to z niepokojem, chyba niezbyt wiedział co robić. Nagle białowłosy poderwał się do pionu z krzykiem „nie!”. Oddychał strasznie szybko, nawet zacząłem mu współczuć widząc zdezorientowanie w jego oczach koloru lodowiska na dziedzińcu. Ale szybko mi przeszło, gdy po kilku minutach ciszy uspokoił się i uśmiechnął się figlarnie do Ani. Jednak gdy zobaczył królową chciałem się śmiać, bo wyglądał tak, jakby szczęka miała mu się potoczyć po podłodze. Wokół Elsy wirowały śnieżynki utworzone ze zdenerwowania, może to dlatego tak zareagował. Po chwili jednak odzyskał rezon, wstał, oparł się o tą swoją laskę i odezwał:
-Witam drogie panie, szanownego pana -tu spojrzał na medyka- i wikinga -przeniósł wzrok na mnie.
-To było słabe chłopcze, chyba jeszcze mózg ci się nie obudził -mruknąłem cicho.
Nikt nie usłyszał, a białowłosy kontynuował:
-Na imię mi Jack. Jack Frost. Mogę wiedzieć gdzie jestem?
Elsa nie dała się zwieść „słodkim” oczom Jacka. Odprawiła lekarza.
-Sądzę, że najpierw wytłumaczysz się ty -stwierdziła lustrując chłopaka wzrokiem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ 
No to wnoszę walizy i witam wszystkich xD
Pierwszy mój wpis na tym blogu, więc czytelników proszę o wyrozumiałość.
Zapraszam następną do pisania!
~Anka